Poniedziałek, 27 marca 2015r. okolice Monachium.
Tego pięknego poranka nie zapomnę do końca mojego życia, w końcu to
ten dzień moje życie odmienił. Zaczął się pozornie przyjemnie, zimny
prysznic, gorąca kawa i szybko zrobiona kanapka na drugie śniadanie z
serem przez mojego ukochanego starszego brata, Mario Goetze.
- Mam
nadzieję, że pieczywo jest bezglutenowe!? - zażartowałam, lubiłam się z
nim droczyć. - Bo jeśli nie, to opowiem wszystkim jak okropnie się
odżywiamy. -zaśmiałam się i spojrzałam na pozornie poważnego Mario.
-
Nie przesadzaj siostrzyczko, powinnaś być mi wdzięczna za to, że jestem
tak litościwy i przygotowałem Ci drugie śniadanie do pracy. - prychnął
obrażony, a ja tylko w podziękowaniu musnęłam przyjacielsko jego miękki
policzek - Tak lepiej! - zachichotał.
Spojrzałam na zegarek, który
nosiłam na lewym nadgarstku. W pół do godziny 7, a w sklepiku muszę być
za 10 minut! Spóźnię się i stracę stanowisko kasjerki w rodzinnej firmie
Thomlinghton'ów. Pracuję tam odkąd skończyłam tutejsze liceum, nabyłam
tam wiele doświadczenia i nauczyłam się wypiekać co rusz to inne
słodkości, ponieważ jest to jedna z najstarszych cukierni w Monachium.
"W Brexlunch zjesz najlepsze wypieki w Bawarii" - tak brzmi nasz slogan.
Trochę prymitywne i proste, ale jakie chwytliwe. Cukiernia ma ponad 97
lat, widziała już chyba wszystko co tylko mogła, a może przeżyje i mnie?
Nie wiem, ale wiem jedno, że właściciele nie mają dzieci i pragną
przekazać ją mi. Muszę pędzić, by się nie spóźnić.
- Dominika! - słyszę wołanie Mario z kuchni.
Popędzę
do pracy, ale najpierw zabiorę ze sobą moje drugie śniadanie.
Postanawiam w myślach i wracam do kuchni po tę skromną kanapkę. Odkąd
mieszkam tylko z bratem, bardzo się wspieramy i pomagamy sobie nawzajem.
Nasi rodzice oddali nas do domu dziecka, kiedy ja miałam 3 lata, a
Mario 6. Zawsze marzyłam, by ktoś nas stamtąd zabrał i usłyszeć słowa:
"Idziemy do domu". Niestety to się nie ziściło, gdy Mario ukończył 18
lat adoptował mnie i zamieszkaliśmy razem w Monachium. Mieliśmy łatwiej,
bo mój starszy braciszek miał ogromny talent do gry w piłkę, a teraz
gra w FC Bayern Monachium.
Minęło kilka godzin, od kiedy siedziałam za ladą sklepu i podawałam coraz to inne ciasteczka i słodkie bułeczki klientom. Uwielbiałam kontakt z ludźmi, byłam bardzo miłą i przyjazną osobą, ale nie dla wszystkich. Zawsze dogryzałam mojemu "przyjacielowi" (?) Ivanowi Knezević'owi. Właśnie wszedł do cukierni, pod ręką trzymał swój kask motocyklowy, z którym był nierozłączalny, no pomijając tą czarną czapkę, którą nosił po domu. Otóż, Ivan i ja jesteśmy rodzicami. Oczywiście chrzestnymi, kilkumiesięcznej Sophie, która jest córką naszych wspólnych przyjaciół, Julii i Petera Brovs'ów. Kiedyś nas umówili na randkę w ciemno, ale nic z tego nie wyszło. I dobrze! Ivan jest obrzydliwy.
- Co chcesz? - pytam z dygresją, oboje za sobą nie przepadamy, on tylko sztucznie się uśmiecha w moją stronę.
-
Te rogaliki z czym są? - dopytuje, a ja tylko przewracam oczyma,
codziennie tu przychodzi i doskonale wie z czym są te rogaliki, więc po
co mnie pyta?
- Z morelami i jabłkiem. - mówię w miarę spokojnie, bo
wiem, że jestem nagrywana w kamerze monitoringu. - Zapakować Panu? -
pytam patrząc mu w oczy.
- To może jednak wolę tę jagodziankę. Ile
kosztuje? - pyta wyjmując portfel, już dobrze wiem, że nie wybierze tej
jagodzianki, bo robi mi to na złość.
- 1 Euro. - mówię bez emocji.
- To może jednak poproszę tego croissanta. - mówi stanowczo, lecz nadal widzę ten jego irytujący uśmieszek.
- 50 Eurocentów. - mówię i odbieram od niego pieniądze, po czym wydaje mu resztę. - Miłego dnia. - dodaję, kiedy chowa resztę.
- Dziękuję Dominiko... - uśmiecha się szeroko i patrzy na mnie, gdy wychodzi przez drzwi.
W
myślach każdego dnia obsypuję go najgorszymi wyzwiskami. Ivan jest jak
okropne stado komarów, kiedy robisz grilla w upalny dzień. Zapewne on
myśli o mnie tak samo, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Niech mnie nawet
zabija w myślach. Nienawidzę go, a on mnie, jedyne co nas łączy to nasi
wspólni przyjaciele Julia i Peter. Nagle słyszę dzwonek swojego
telefonu, który leży pod ladą. Korzystając z tego, że nie mam już
klientów, odbieram. W telefonie słyszę nieznajomego mężczyznę, który
mówi mi, że jest z policji. Obawiam się o Mario, może coś nabroił?
Wspomina coś o szpitalu, o nie... Pewnie Mario miał jakiś wypadek. Mylę
się...
- Niebywale mi przykro, Pani Goetze... Państwo Brovs zginęli w
wypadku samochodowym dzisiejszej nocy. Czy może Pani przyjechać do
szpitala? - pyta łagodnym tonem policjant przez telefon.
![]() |
| Witam! Zapraszam do lektury 1 rozdziału! :) Mam nadzieje, że zostaniecie tu na dłużej! :* Wkrótce więcej o Mario i Marco :* |

ANNO , DZIĘKUJĘ ZA POPRAWIENIE MI ŻYCIA
OdpowiedzUsuńPączek brat, Ivan wróg... I mała Sophie, która nas będzie łączyć... JA CHCĘ JUŻ KOLEJNE 😭😭😭😭😭💞🙊
ANNO , DZIĘKUJĘ ZA POPRAWIENIE MI ŻYCIA
OdpowiedzUsuńPączek brat, Ivan wróg... I mała Sophie, która nas będzie łączyć... JA CHCĘ JUŻ KOLEJNE 😭😭😭😭😭💞🙊
Mamo jakie cudowne *.*
OdpowiedzUsuńSmutno troszku :((
Ale będzie lepiej <3
Czekam na kolejny ❤
O Boże, Mario.. twoja siostra pracuje w renomowanej cukierni (cukiernia może być renomowana? whatever xd), a ty jej dajesz do pracy... kanapkę z serem? :D hahah, no ale liczy się gest ;)
OdpowiedzUsuńKnezević niezdecydowany niczym baba O_o
Ta akcja z wypadkiem i rodzicami chrzestnymi przypomina mi fabułę film "och, życie" ;)