sobota, 10 września 2016

Część 1.

Poniedziałek, 27 marca 2015r. okolice Monachium.


Tego pięknego poranka nie zapomnę do końca mojego życia, w końcu to ten dzień moje życie odmienił. Zaczął się pozornie przyjemnie, zimny prysznic, gorąca kawa i szybko zrobiona kanapka na drugie śniadanie z serem przez mojego ukochanego starszego brata, Mario Goetze.
- Mam nadzieję, że pieczywo jest bezglutenowe!? - zażartowałam, lubiłam się z nim droczyć. - Bo jeśli nie, to opowiem wszystkim jak okropnie się odżywiamy. -zaśmiałam się i spojrzałam na pozornie poważnego Mario.
- Nie przesadzaj siostrzyczko, powinnaś być mi wdzięczna za to, że jestem tak litościwy i przygotowałem Ci drugie śniadanie do pracy. - prychnął obrażony, a ja tylko w podziękowaniu musnęłam przyjacielsko jego miękki policzek - Tak lepiej! - zachichotał.
Spojrzałam na zegarek, który nosiłam na lewym nadgarstku. W pół do godziny 7, a w sklepiku muszę być za 10 minut! Spóźnię się i stracę stanowisko kasjerki w rodzinnej firmie Thomlinghton'ów. Pracuję tam odkąd skończyłam tutejsze liceum, nabyłam tam wiele doświadczenia i nauczyłam się wypiekać co rusz to inne słodkości, ponieważ jest to jedna z najstarszych cukierni w Monachium. "W Brexlunch zjesz najlepsze wypieki w Bawarii" - tak brzmi nasz slogan. Trochę prymitywne i proste, ale jakie chwytliwe. Cukiernia ma ponad 97 lat, widziała już chyba wszystko co tylko mogła, a może przeżyje i mnie? Nie wiem, ale wiem jedno, że właściciele nie mają dzieci i pragną przekazać ją mi. Muszę pędzić, by się nie spóźnić.
- Dominika! - słyszę wołanie Mario z kuchni.
Popędzę do pracy, ale najpierw zabiorę ze sobą moje drugie śniadanie. Postanawiam w myślach i wracam do kuchni po tę skromną kanapkę. Odkąd mieszkam tylko z bratem, bardzo się wspieramy i pomagamy sobie nawzajem. Nasi rodzice oddali nas do domu dziecka, kiedy ja miałam 3 lata, a Mario 6. Zawsze marzyłam, by ktoś nas stamtąd zabrał i usłyszeć słowa: "Idziemy do domu". Niestety to się nie ziściło, gdy Mario ukończył 18 lat adoptował mnie i zamieszkaliśmy razem w Monachium. Mieliśmy łatwiej, bo mój starszy braciszek miał ogromny talent do gry w piłkę, a teraz gra w FC Bayern Monachium.

 Minęło kilka godzin, od kiedy siedziałam za ladą sklepu i podawałam coraz to inne ciasteczka i słodkie bułeczki klientom. Uwielbiałam kontakt z ludźmi, byłam bardzo miłą i przyjazną osobą, ale nie dla wszystkich. Zawsze dogryzałam mojemu "przyjacielowi" (?) Ivanowi Knezević'owi. Właśnie wszedł do cukierni, pod ręką trzymał swój kask motocyklowy, z którym był nierozłączalny, no pomijając tą czarną czapkę, którą nosił po domu. Otóż, Ivan i ja jesteśmy rodzicami. Oczywiście chrzestnymi, kilkumiesięcznej Sophie, która jest córką naszych wspólnych przyjaciół, Julii i Petera Brovs'ów. Kiedyś nas umówili na randkę w ciemno, ale nic z tego nie wyszło. I dobrze! Ivan jest obrzydliwy.
- Co chcesz? - pytam z dygresją, oboje za sobą nie przepadamy, on tylko sztucznie się uśmiecha w moją stronę.
- Te rogaliki z czym są? - dopytuje, a ja tylko przewracam oczyma, codziennie tu przychodzi i doskonale wie z czym są te rogaliki, więc po co mnie pyta?
- Z morelami i jabłkiem. - mówię w miarę spokojnie, bo wiem, że jestem nagrywana w kamerze monitoringu. - Zapakować Panu? - pytam patrząc mu w oczy.
- To może jednak wolę tę jagodziankę. Ile kosztuje? - pyta wyjmując portfel, już dobrze wiem, że nie wybierze tej jagodzianki, bo robi mi to na złość.
- 1 Euro. - mówię bez emocji.
- To może jednak poproszę tego croissanta. - mówi stanowczo, lecz nadal widzę ten jego irytujący uśmieszek.
- 50 Eurocentów. - mówię i odbieram od niego pieniądze, po czym wydaje mu resztę. - Miłego dnia. - dodaję, kiedy chowa resztę.
- Dziękuję Dominiko... - uśmiecha się szeroko i patrzy na mnie, gdy wychodzi przez drzwi.
W myślach każdego dnia obsypuję go najgorszymi wyzwiskami. Ivan jest jak okropne stado komarów, kiedy robisz grilla w upalny dzień. Zapewne on myśli o mnie tak samo, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Niech mnie nawet zabija w myślach. Nienawidzę go, a on mnie, jedyne co nas łączy to nasi wspólni przyjaciele Julia i Peter. Nagle słyszę dzwonek swojego telefonu, który leży pod ladą. Korzystając z tego, że nie mam już klientów, odbieram. W telefonie słyszę nieznajomego mężczyznę, który mówi mi, że jest z policji. Obawiam się o Mario, może coś nabroił? Wspomina coś o szpitalu, o nie... Pewnie Mario miał jakiś wypadek. Mylę się...
- Niebywale mi przykro, Pani Goetze... Państwo Brovs zginęli w wypadku samochodowym dzisiejszej nocy. Czy może Pani przyjechać do szpitala? - pyta łagodnym tonem policjant przez telefon.



Witam! Zapraszam do lektury 1 rozdziału! :) Mam nadzieje, że zostaniecie tu na dłużej! :* Wkrótce więcej o Mario i Marco :*


4 komentarze:

  1. ANNO , DZIĘKUJĘ ZA POPRAWIENIE MI ŻYCIA
    Pączek brat, Ivan wróg... I mała Sophie, która nas będzie łączyć... JA CHCĘ JUŻ KOLEJNE 😭😭😭😭😭💞🙊

    OdpowiedzUsuń
  2. ANNO , DZIĘKUJĘ ZA POPRAWIENIE MI ŻYCIA
    Pączek brat, Ivan wróg... I mała Sophie, która nas będzie łączyć... JA CHCĘ JUŻ KOLEJNE 😭😭😭😭😭💞🙊

    OdpowiedzUsuń
  3. Mamo jakie cudowne *.*
    Smutno troszku :((
    Ale będzie lepiej <3
    Czekam na kolejny ❤

    OdpowiedzUsuń
  4. O Boże, Mario.. twoja siostra pracuje w renomowanej cukierni (cukiernia może być renomowana? whatever xd), a ty jej dajesz do pracy... kanapkę z serem? :D hahah, no ale liczy się gest ;)
    Knezević niezdecydowany niczym baba O_o
    Ta akcja z wypadkiem i rodzicami chrzestnymi przypomina mi fabułę film "och, życie" ;)

    OdpowiedzUsuń