Środa, 29 marca 2015r. Dortmund.
Od kilku dni byłem męczony przez
wyrzuty sumienia, że powinienem zrobić prawo jazdy. Tyle już jeździłem
bez prawka i zarobiłem na mandaty, że moja dniówka, którą zarabiam w
Borussii Dortmund to za mało. Stwierdziłem, że muszę wziąć się w garść i
je zrobić. Dziś miałem mieć swoją pierwszą jazdę, czekałem w umówionym
miejscu, niedaleko Signal Iduna Park. Ciekaw byłem z kim będę jeździć,
ponieważ będąc w biurze sekretarka powiedziała, że sama nie jest pewna.
Zapewne z jakimś mężczyzną po sześćdziesiątce. Spojrzałem na zegarek,
instruktor wyraźnie się spóźniał o 5 minut, albo i nie, może dlatego że
stoję w nie tym miejscu gdzie trzeba. Rozglądam się, eh... Gdyby coś się
stało to by zadzwonił. Patrzę w lewo nic nie ma.... W prawo... O!
Zbliża się L'ka. Ale co to..? Kobieta? Patrzę na skupioną blondynkę za
kierownicą, która wysiada z auta i poprawia sobie włosy. Idzie w moją
stronę i staje obok mnie.
- Pan Marco Reus? Byliśmy umówieni na jazdę. - wspomniała z uśmiechem i podała mi dłoń.
- Zgadza się. - potwierdzam trochę zaskoczony - Spodziewałem się mężczyzny. - wspominam idąc obok niej do samochodu.
- Mój ojciec rozchorował się, więc musiałam go zastąpić. Bardzo mi przykro, że pana tak zawiodłam. - zaśmiała się.
Wygląda
na naprawdę miłą dziewczynę, a do tego jaką urodziwą. Westchnąłem i
usiadłem za kierownicą, wykonywałem wszystkie polecenia uroczej damy.
Czasem nasze dłonie się stykały, gdy źle pojechałem. Można powiedzieć,
że robiłem to specjalnie by dotknąć jej drobnej dłoni. Miała taki ładny
błękitny lakier na paznokciach, chyba jak to mówiła ostatnio żona Mats'a
Hummelsa to są "hybrydy".
- Wieje. - powiedziała krótko i popatrzyła przed siebie.
- Masz rację. Marna dziś pogoda. - odpowiedziałem patrząc przez okno, na wietrzną pogodę.
- Silnik wieje. Zmień bieg na dwójkę. - powiedziała rozbawiona, a ja speszony swoją odpowiedzią zmieniłem bieg.
Po
godzinie jazdy, wysiedliśmy z auta. Chciałem jeszcze zamienić z nią
parę słów, ale czekał na nią już kolejny kursant, kolejny mężczyzna.
Westchnąłem cicho i popatrzyłem w jej błękitne tęczówki, które chyba
mnie oczarowały. Dostała telefon, kiedy podpisywałem kartę. Mówiła o
jakimś pogrzebie i małej Sophie, i że wyjedzie do Monachium jak tylko
będzie mogła. Ciekawy jestem o co chodzi, ale nie będę taki dociekliwy,
jeszcze sobie coś o mnie pomyśli.
✽✽✽
Dziś
miałam trudny dzień, najpierw dowiedziałam się o tym, że muszę zastąpić
ojca w pracy, a potem jazda z coraz to innym mężczyzną. Jednak jeden z
nich zapadł mi w pamięć, ten blondyn o zielonych oczach i figlarnym
spojrzeniu. Był naprawdę zabawnym mężczyzną, szczególnie gdy nawiązała
się między nami ta krótka rozmowa o pogodzie. Wtedy poprawił mój humor. Z
tego co o nim wiem, a wiem dość dużo, bo jeżdżę na prawie każdy mecz
BVB to jest piłkarzem i to bardzo utalentowanym. Co prawda ma już chyba
partnerkę, ale ja bym się mu nie opierała. Zachichotałam pod nosem i
przejeździliśmy razem godzinę, która upłynęła nam dość szybko. Gdy dałam
mu kratę godzin, by ją podpisał zadzwonił mój telefon, oczywiście
zaczerwieniłam się, kiedy zabrzmiał dzwonek Bonnie Tyler "If you were a
woman" z 1986r. Uwielbiam tę piosenkę, ale Dominika miliony razy mówiła mi,
że to badziew i żebym ją zmieniła. Jak na złość ustawiłam tę piosenkę,
by było wiadomo, że to właśnie młoda Goetze dzwoni.
- Słucham ja Ciebie... -zaśmiałam się odbierając telefon od przyjaciółki.
~ Pelin? Przyjedziesz do Monachium? - mówi do mnie cichym tonem.
- Dominika... O co chodzi? Czy coś się stało? - pytam zdziwionym tonem, nigdy nie była tak smutna.
~ Julia i Peter... Zginęli w wypadku. - odpowiada, zapewne ma łzy w oczach.
- O matko... Przykro mi. Co z małą Sophie? - pytam - Kiedy pogrzeb? - zadaję wiele pytań na raz.
~ Jest w domu dziecka, a pogrzeb jest jutro. Zdążysz przyjechać? -pyta.
- Oczywiście, postaram się jutro rano pojechać do Monachium. - mówię spokojnie.
- Słucham ja Ciebie... -zaśmiałam się odbierając telefon od przyjaciółki.
~ Pelin? Przyjedziesz do Monachium? - mówi do mnie cichym tonem.
- Dominika... O co chodzi? Czy coś się stało? - pytam zdziwionym tonem, nigdy nie była tak smutna.
~ Julia i Peter... Zginęli w wypadku. - odpowiada, zapewne ma łzy w oczach.
- O matko... Przykro mi. Co z małą Sophie? - pytam - Kiedy pogrzeb? - zadaję wiele pytań na raz.
~ Jest w domu dziecka, a pogrzeb jest jutro. Zdążysz przyjechać? -pyta.
- Oczywiście, postaram się jutro rano pojechać do Monachium. - mówię spokojnie.
Z lekkim przyśpieszeniem, ale tak to już będzie, że rozdziały będą w piątki, bo wasza pseudopisarka będzie chodzić do szkoły w soboty i niedziele :( To do piątku! :*

Muszę czekać na mojego bubu do kolejnego rozdziału 😭😭😭😭
OdpowiedzUsuńAle ok, Marco kursant... 😂😂
Matko *.*
OdpowiedzUsuńCudne ❤
Rudy jak zawsze xDD
Czekam na kolejny <3
Buziaki :***
Trafiłam tutaj dopiero dzisiaj, ale powiem Ci, że bardzo podoba mi się Twoje opowiadanie i na pewno zostanę tutaj na dłużej :)
OdpowiedzUsuńŻal mi malutkiej Sophie. Biedactwo, to dopiero dzieciaczek, a już straciła rodziców :( Mam nadzieję, że Ivan i Dominika chociaż po części ich zastąpią, o ile wcześniej się nie pozabijają :D
A Marco jaki podrywacz. Nieładnie podrywać swoją nauczycielkę :D
Życzę Ci dużo weny i ściskam :)
P.S. Jak będziesz miała ochotę i czas zajrzyj do mnie :) http://tell-it-to-my-heart-boy.blogspot.com/
O Chryste. Ta akcja z L'ką mnie rozłożyła.
OdpowiedzUsuńHybrydy i ta wtopa z silnikiem? No sikam po prostu xD
Aż żałuje, że rozdział nie był dłuższy, ale zdecydowanie nie mogę sie doczekać kolejnego rozdziału z perspektywy Marco.
Co on ma w głowie :D
Życzę weny, czekam na kolejny i przy okazji zapraszam do siebie na rozdział 2:
http://hunting--season.blogspot.com/2016/09/2-mowiem-wam-ze-to-tylko-blef.html