sobota, 29 października 2016

Część 8.

Piątek, 10 kwietnia 2015r. Monachium.




Na szczęście po niefortunnym wypadku odnaleźliśmy małą Sophie w tym samym miejscu w parku, gdzie została zostawiona przez jakże nieudolnego i bezmózgiego współlokatora imieniem Ivan. Niech mnie ręka boska broni przed zostawieniem małej w jego łapach. Przecież w ten sposób mogli nam odebrać prawa do maleństwa, a dziewczynka zostałaby oddana do domu dziecka, na co nie pozwolę.

- Sophie... Już nigdy nie zostawię Cię w rękach tego łamagi. - wyszeptałam cicho jej na uszko.

Dziewczynka popatrzyła na mnie swoimi dużymi oczyma i przytuliła do mnie, Ivan oczywiście stał obok i przyglądał się nam z smutną miną, choć jakoś próbował tłumaczyć sobie, że nic takiego nie zrobił. Kompletny dupek bez większej wyobraźni. Jak można zostawić dziecko same w parku, a sobie biegać razem z Mario po ulicach Monachium? 

- Może zechcecie ze mną iść na ciastko w ramach przeprosin? - zaproponował z lekką skruchą w oczach młody Knezević.
- Żebyś o nas zapomniał? - spojrzałam na niego z oskarżycielską miną.
- Dominika... - idzie za mną do kuchni - Nie chciałem, żeby tak wyszło. - Wiem, że jestem bezmózgiem... Wczoraj mi to wypomniałaś ponad trzydzieści sześć razy. - westchnął przewracając oczyma.
- Bo jesteś bezmózgiem! - syknęłam.
- Trzydzieści siedem. - pokręcił głową.

Chwilę potem weszliśmy do kuchni, przekazałam mu słoiczek z ciepłą brzoskwiniową zupką dla naszej małej księżniczki, która już czekała na jedzenie w krzesełku dla dzieci. Ubrałam na jej szyję kolorowy śliniaczek i spojrzałam na winowajcę dnia wczorajszego.

- Nakarm ją, a ja zmyję naczynia. - powiedziałam nadal urażona, jednak wiedziałam, że karmienie tej małej, a zarazem wybrednej dziewczynki będzie dla niego najsurowszą karą.

Odwróciłam się i zaczęłam zmywać talerze po śniadaniu i kubki po kawie i herbacie. Mimo wszystko, by zadowalać się widokiem męczącego się Ivana wraz z małą łobuziarą, zerkałam na nich kątem oka. Wiedziałam, że brzoskwiniową zupką jest ciężko nakarmić Sophie, ponieważ nie lubiła jej, tak jak brokułów. Pluła jedzeniem na prawo i lewo, a w końcu na zmęczonego i poddanego Ivana, który już klęczał obok krzesełka. Mimo wszystko po chwili coś się uspokoiło, Knezević zaczął skutecznie ją karmić tą zupką. Spojrzałam niepewnie na dwójkę i zauważyłam jak Ivan na zmianę z Sophie objadają się przysmakiem, a raczej to czego nie zje maleństwo, to zjada jego opiekun. Pokręciłam głową i zaczęłam wycierać naczynia.

- Dominika... Ona chyba będzie wymiotować... - spojrzał na mnie wymownie.

Spanikowałam. Nie miałam nic. Pierwsze co mi wpadło w dłonie to czapka Ivana, którą miał na głowie. Dziewczynka zwymiotowała do niej, a ja uratowałam podłogę przed wymiocinami! Brawo ja, ale dociera do mnie oburzony głos Ivana, który już wcześniej był zbulwersowany.

- To moja ulubiona czapka! - krzyczał - Dostałem ją od mamy na święta! Jak mogłaś mi to zrobić!? - powtarzał, a ja podeszłam do śmietnika i wyrzuciłam ją jak śmiecia.

Co było potem? Oczywiście zaczął się rozczulać nad nią i mówił jaka jestem okrutna i bezlitosna.

- Będziesz jeszcze miał miliony takich czapek. - przewróciłam oczami i wzięłam na ręce zadowoloną i zwycięską dziewczynkę, jestem pewna że jej też nie przypadła do gustu czapka Ivana Knezević'a. 


Dzisiaj krótko, bo się śpieszyłam XD Do zobaczenia za tydzień w sobotę. :*

1 komentarz:

  1. Ok, przestanę Cię męczyć w piątki.
    Kocham go tu, poza tą historia też, ale Boże... Kompletny idiota i bezmózg 😂💜💜

    OdpowiedzUsuń