Czwartek, 9 kwietnia 2015 Dortmund.
Dziś miałem kolejną jazdę, kolejna nadzieja, że ją spotkam. Poczuję jej dotyk i zapach jej perfum, zobaczę jej niesamowicie szeroki, promienny uśmiech, usłyszę jej delikatny i subtelny głos. A kto wie? Może nawet umówię się z nią do kina i na pizze? Taką z podwójną ilością sera i z bekonem, to lubię! Ale... To dziewczyna... Pewnie nie lubi bekonu. Niech sama wybierze rodzaj pizzy, a ja się dostosuję. Już się zbliża, granatowa eLka. Ale co to? Dlaczego w niej siedzi jakiś stary zgredzik? Przecież umówiłem się z nią... Co tu jest grane? Może się spóźni? Nie, ten mężczyzna macha do mnie... Podchodzę do niego i schylam się do okna.
- Panie Reus? Na co pan czeka? Jedziemy. - mówi ze śmiechem, a ja patrzę na jego złoty ząb, którym się szczerzy do mnie.
- Przepraszam Pana, ale byłem umówiony z Panią Wastedowić. - powiedziałem spokojnym tonem.
- Pelin nie może, więc to ze mną będzie mieć już zawsze jazdy. - wspomniał i otworzył mi drzwi bym mógł wejść do auta.
Wsiadłem,
przygotowałem się do jazdy, cisnąłem sprzęgło do podłogi i odpaliłem
silnik. Ruszyliśmy tempem ślimaczka winniczka i jakoś wyjechaliśmy na
ulice zapełnione dortmundczykami. Jechałem i zachwycałem się w myślach
jej uroczym imieniem... Pelin... Ciekawe co oznacza jej imię? Jest
naprawdę okryte tajemnicą tak jak jego właścicielka. Ah! Ile bym dał by
ją spotkać jeszcze raz, albo by siedziała na miejscu jej ojca, który
trzyma teraz kierownice i dotyka mojej dłoni. Błech..!
✽✽✽
Są tacy, którzy uciekają od cierpienia miłości.
Kochali, zawiedli się i
nie chcą już nikogo kochać, nikomu służyć, nikomu pomagać. Taka
samotność jest straszna, bo człowiek uciekając od miłości, ucieka od
samego życia. Zamyka się w sobie. - Tak samo ja pojmuję to paradoksalne
pojęcie jakim jest miłość. Ale cóż... Miłość już taka jest, a w
szczególności ta zraniona. Wiele lat temu miałam przy swoim boku
wspaniałego mężczyznę, człowieka dla którego zrobiłabym wszystko. A on
co? Rozkochał i zostawił. Zostawił dla kogo? Dla jakiejś laski, która
pracowała w jego biurze jako pomocnica. Ona też go potem rzuciła.
Chciałoby się powiedzieć... Karma wraca kotku! Ale nie jestem taka
chamska. Choć nadal gdy widzę kosze na śmieci myślę o nim. Czemu z nim
zerwałam? Bo nie szanował moich rodziców. Obgadywał ich przy naszych
wspólnych znajomych, żartował z nich, choć tego bym tak nie nazwała...
Może i kochał, ale wyśmiewając ludzi dla których jestem gotowa zginąć
zranił moje uczucia. Teraz zapytasz, czemu to on zerwał, a nie ja, skoro
tak mnie ranił przez prawie dwa lata? Śmieszna i żałosna historia...
Zerwał ze mną przez żart na Prima Aprilis. Razem z przyjacielem, o
którego zresztą był cholernie zazdrosny i przez którego nie raz
oberwałam obmyśliliśmy plan. Wysłał mi kilka wiadomości o dość
pikantnych sprawach, na które odpisywałam. Wspaniały plan by zerwał, bo
ja nie potrafię krzywdzić, jak to wszyscy twierdzą jestem zbyt
"delikatna". Przeczytał to wszystko i wyzwał mnie od najgorszych. Tego
dnia mnie zabolało to jak mnie potraktował i płakałam przez najbliższy
tydzień nie wychodząc z pokoju, co nazywałam bólem brzucha, by nie
musieć wychodzić, kiedy mama wołała mnie do gości, ponieważ była wtedy
Wielkanoc. Najgorsza Wielkanoc mojego życia. Ale potem, gdy zauważyłam
go z inną poczułam jakąś nieokreśloną ulgę i wolność. Od dwóch lat
jestem samotną, ale wreszcie szczęśliwą kobietą.
Teraz idę z
wypakowanymi torbami przez galerię handlową. Wszystko to prezenty dla
moich rodziców z okazji 25 lecia ich małżeństwa. Jestem tak szczęśliwa,
że ich mam.
- Pelin! - woła za mną jakiś nieznajomy
głos, odwracam się i widzę blondyna w niebieskiej bejsbolówce. To
przecież Marco Reus. Ciekawe skąd zna moje imię, a raczej pseudonim, bo
nie mam tak na imię.
- Witaj... - śmieję się i czekam, aż podbiega do mnie - Co tu robisz? Jak jazdy z moim tatą? - pytam ciekawa.
- Świetnie. - mówi z lekkim uśmiechem i zabiera mi torby z rąk - Pomogę Ci nieść Pelin... - ofiaruje się.
-
Nie ma sprawy. - uśmiecham się szeroko - Mam na imię Apolonia... -
śmieję się głośno - Pelin to skrót dla przyjaciół i rodziny. - wyjaśniam
idąc obok niego.
- A nie jestem już przyjacielem? - zaśmiał się uroczy blondyn.
- Jeszcze nie, ale może się odwdzięczę za te torby, które za mnie teraz dźwigasz. - wspominam z promiennym uśmiechem.
- Wolałbym wypad do kina i na pizze we dwójkę. - stwierdza ze śmiechem.
- To ma być zaproszenie na randkę? - pytam patrząc na niego kątem oka.
- Nazywaj to jak chcesz. - mówi spokojnym tonem, a uśmiech nie schodzi mu z twarzy.
- No dobrze... Będę czekać na Ciebie pod Iduna Parkiem. - wkładam torby do bagażnika auta.
- O której? - uśmiecha się szeroko.
- O... - zamyślam się na chwilę - Siedemnastej.
![]() |
| Zapraszam na 7! :* Komentujcie, czytajcie, wyświetlajcie, kolejny za tydzień! :3 |

JA MYŚLAŁAM, ŻE DASZ O TYM IDIOCIE, KTÓRY ZOSTAWIŁ DZIECKO W PARKU XDDDD ale ok, na Marco też narzekać w sumie nie można 😂
OdpowiedzUsuńOj Rudy jaki szalony 😂😂 XDDD
OdpowiedzUsuńNa początku niech prawko zda, a nie amory mu w głowie XD
Cuuudowny ❤❤❤
Czekam na kolejny <333
KC ❤
Zapraszam na rozdział 4 ;)
OdpowiedzUsuńhttp://hunting--season.blogspot.com/2016/10/4-byleby-tylko-ratowac-swoj-tyek.html
Nadrobię w najbliższym czasie ;)
Pozdrawiam ;*